niedziela, 5 maja 2013

Gitara


Był już późny wieczór, kiedy Elijah nareszcie skończył wnosić swoje rzeczy do nowego domu. To była jego ostatnia szansa, potrzebował nowego środowiska, aby odzyskać wenę. "Dałem ci już zbyt wiele szans! Twoje badziewie się nie sprzedaje! Daj mi jakąś dobrą piosenkę albo wylatujesz" - grzmiał jego producent podczas ostatniej rozmowy. Elijah okrutnie nienawidził tego człowieka, ale niestety musiał zmienić swój styl na korzyść wyników sprzedaży, jeśli chciał mieć dach nad głową. Elijah urodził się w czasach, kiedy muzycy doceniani byli za talent, ale czasy się zmieniły i był zmuszony babrać się w tym, jak to nazwał, "komercyjnym gównie". Często łapał się na tym, że włączał radio w poszukiwaniu inspiracji, ale zaraz tracił wiarę po tym, jak przypomniał sobie czego ludzi słuchają.

- Nie będę robił takiego syfu, nie zgadzam się! - burczał sam do siebie, ale po uspokojeniu się i przemyśleniu tego na chłodno, niechętnie znów włączył radio i wrócił do swoich obowiązków. Elijah wkręcił się w ten biznes z nadzieją, ze jego kreatywność i ekspresja samego siebie pozwolą mu zabłysnąć, ale po latach w trasie z zespołem i w końcu jego rozwiązaniu z braku funduszy, teraz był zmuszony do pisania piosenek dla nowych, młodszych kapel. Elijah gardził "nowym pokoleniem", bo kompletnie brakowało im kreatywności i talentu muzycznego, które to cechy początkowo pchnęły go po sławę. Kazać komuś innemu napisać dla ciebie piosenkę, to bł wielki wstyd w jego czasach, ale teraz wydawało się to być na porządku dziennym. Biznes muzyczny stał się ohydną bestią, tak uważał, ale teraz już w tym siedział i nie mógł się zatrzymać.

Po godzinach ciężkiej roboty, Elijah padł na kanapę, wykończony i zdemotywowany. Jego mięśnie bolały i pulsowały przy każdym ruchu. Po kilku minutach myślenia w bezruchu, Elijah podniósł się na nogi, aby zwiedzić swój nowy dom. Przez jego napięty grafik nie miał nawet cienia szansy na obejrzenie domu przed zakupem, ale producent obiecywał, że dom jest niesamowity, a poprzedni właściciel, tak jak i on, był piosenkopisarzem i miał tu nawet własne studio nagraniowe.

Czerwone ściany tworzyły korytarz. Zakurzone kształty zaśmiecały ściany, ze czego musiało wynikać, że wisiały tu plakaty i obrazy poprzedniego właściciela. Gwoździe wciąż wystawały z pustych miejsc. Było jasne, że wszystko zostało ściągnięte w pośpiechu. Dom był większy, niż Elijah to sobie wyobrażał (biorąc pod uwagę to za co myślał, że płaci) i był nawet większy w środku, niż wydawał się z zewnątrz. Gdy tak szedł długimi korytarzami, natrafił na duży, imponujący hall, gdzie znajdowały się stalowe kręte schody prowadzące do piwnicy. Elijah domyślił się, że to tam musi być studio. Żądny widoku miejsca, w którym będzie spędzał większość swojego czasu, pognał w kierunku schodów. Kiedy dotarł do celu, spojrzał z niedowierzaniem, jak daleko w dół prowadziły schody.

- Jego studio musi być głęboko pod ziemią! - domyślił się.

Elijah zaczął się zastanawiać jak poprzedni właściciel mógł po prostu odpuścić sobie takie mieszkanie. To był najcudowniejszy dom, jaki kiedykolwiek widział i nie mógł sobie wyobrazić dlaczego ktoś chciałby się stąd wyprowadzić. Producent powiedział, że facet "zniknął". Policja wyjaśniła bez wątpliwości, że nie było włamania ani śladów walki, więc zakłada się, że koleś się wyprowadził zostawiając mieszkanie. Czemu, Elijah nie miał najmniejszego pojęcia, ale nie miał zamiaru narzekać. Ostrożnie szedł w dół zimnych schodów, trzymając się poręczy, gdy schodził w mrok. Stal była gładka i mocna, ani jednego zadrapania albo wibracji podczas jego wędrówki

Gdy dotarł na sam dół, nie widział praktycznie nic, gdyż światło z hallu tutaj już nie sięgało. Po kilku sekundach szukania po omacku natrafił na włącznik światła i czym prędzej go przełączył. Było to małe, wyizolowane pomieszczenie, był tam tylko czerwone drzwi naprzeciw niego. Złowrogi dreszcz przebiegł po jego kręgosłupie, ale szybko wziął się w garść i ruszył w kierunku klamki. Drzwi zdawały się go zapraszać na swój sposób, ta myśl pulsowała w jego głowie nawet dłużej, niż sam był tego świadomy. Z pomieszczenia dobiegły go ciche dźwięki; piękne, rozbrzmiewające echem dźwięki. Był to dźwięki, które musiały pochodzić z jakiegoś instrumentu strunowego.

- Pewnie ktoś zostawił włączone radio - pomyślał, by za chwilę uzmysłowić sobie, że nie słyszał w radiu czegoś tak pięknego chyba od 10 lat. Owładnięty żądzą poznania źródła dźwięku ruszył pewniej w stronę drzwi. Czekała na niego złota, błyszcząca klamka, powoli ją nacisnął. Nagle wpadło mu do głowy, że ktoś mógł być w środku i grać na tym instrumencie, a on wtargnął do środka jak zwierzę.

To było najlepiej wykończone i wyposażone studio, jakie kiedykolwiek widział. Najdroższe mikrofony, stoły, komputery. Goście od przeprowadzek musieli pominąć ten pokój. Inaczej wszystko by zabrali. Elijah obliczył, że sprzęt tutaj musi być warty dziesiątki tysięcy dolarów.

Po chwili zadumy i podziwu szybko przypomniał sobie po co tu przyszedł i bł zaskoczony tym, że muzyka ustała. Pokój był pusty.

- Człowieku, chyba ci odbija... - skarcił siebie w myślach, po czym ruszył w kierunku sprzętu. Ku jego zaskoczeniu, w studiu nadal odbywało się nagranie, jak gdyby poprzedni właściciel po prostu wstał i wyszedł, zostawiając wszystko włączone. Elijah obracał się wśród wyposażenia studyjnego z niebywałym profesjonalizmem, lata doświadczenia pozwoliły mu opanować setki guzików i przełączników. Wyłączył nagrywanie. Zdecydował, że później pokręci się tu więcej i spróbuje się dowiedzieć dlaczego poprzedni właściciel tak szybko się wyprowadził, ale w tym samym momencie coś innego przykuło jego uwagę, całkowicie wybijając go z toku myślenia.

Biała, lśniąca gitara, wciąż podłączona, leżąca na podłodze obok przewróconego taboretu. Elijah szybko podszedł przyjrzeć się dokładniej. Wykonanie było niebywałe i mimo, że gitara wyglądała jak te produkowane 50 lat temu, to progi był całkowicie nowe, a struny nie nosiły śladów użytkowania. Podczas tych oględzin szybko zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Był tak zahipnotyzowany jej wyglądem, że nie zauważył, że brakuje jej struny! Tylko 5 strun, ostatnia B. Co ciekawsze, gitara była zaprojektowana na 6 strun, bo miała jeden wolny klucz.

- Dlaczego ktoś zadał sobie trud stworzenia tak wspaniałej gitary, a nie zainstalował ostatniej struny? - Zadał sobie również pytanie, dlaczego poprzedni właściciel grał na takiej niekompletnej gitarze? Ponadto gitara wyraźnie zaliczyła niejeden upadek, a mimo to była w idealnym stanie.

Elijah, wciąż wysnuwając nowe pytania, chwycił gitarę. Gdy jego ręka chwytała za gryf, gitara zdawała się błyszczeć nawet bardziej, jak gdyby tylko czekała, aż ktoś ją chwyci i na niej zagra. Nagle, zanim jej dotknął, jego kieszeń zaczęła wibrować. Wyciągnął swój telefon.

- Świetnie, znów ten dupek - wzruszył ramionami i odebrał. Zasięg był tragiczny, więc wyszedł z pomieszczenia i skierował się na schody.
- No i co ci powiedziałem, stary? Miałem rację, czy miałem rację? Wiem, że studio jest trochę małe, ale powinno ci wystarczyć! - krzyczał do słuchawki producent. Ten człowiek chyba zawsze krzyczał kiedykolwiek otwierał usta, jakby nie widział jak głośno mówi. Elijah nie miał pojęcia co miał na myśli Bob mówiąc "małe", bo studio o wiele większe, niż jego poprzednie, ale nie wyprowadzał go z błędu.
- Jest świetne… jest… jest niesamowite, prawdę mówiąc. Miałeś rację, jak zawsze. - przyznał niechętnie, wzdychając sam do siebie.
- Wiele od ciebie oczekuję, E. Nie zawiedź mnie!
- Nie martw się, niedługo będę miał dla ciebie kilka piosenek.
- W porządku, stary… wiesz… Ja rozumiem, jak się czujesz - powiedział z nutką sztucznej empatii. - Jednak musisz zrozumieć, że czasy się zmieniają i jeśli nie popłyniesz z nurtem, to zostaniesz w tyle!

"Ma tupet mówiąc o "płynięciu z nurtem”, podczas gdy sam mówi, jakby żył w ubiegłym stuleciu", pomyślał Elijah.

- Tak Bob, wiem. W każdym razie jeszcze nie skończyłem się wypakowywać, pogadamy później, ok?
- Jasna sprawa, E. Narka.

Elijah niecierpliwie włożył telefon do kieszeni. Bolały go już plecy i chciał się położyć. Gitara będzie musiała poczekać do jutra. Nie rozstawił jeszcze łóżka, więc dzisiaj przenocuje na kanapie.

Elijah nie spał zbyt dobrze. Nie mógł przestać myśleć o gitarze. Dźwięki, które słyszał zanim otworzył drzwi dudniły w jego snach. Nagle zerwał się z kanapy. Była 5:00 rano, a słońce jeszcze nie wzeszło. Mimo to Elijah nie mógł dłużej zmuszać się do snu, więc wstał. Szedł w stronę spiralnych schodów, zanim w ogóle wiedział co robi. Ku jego zaskoczeniu dźwięki, które rozbrzmiewały w jego głowie, można było teraz usłyszeć w całym domu. I znów dochodziły zza czerwonych drzwi. Tym razem nie miał zamiaru zwlekać. Pognał schodami w dół i szybko otworzył drzwi. Bez rozglądania się, niezwłocznie poszedł po gitarę.

Wciąż tu była, a muzyka znów przestała grać. Szybko sięgnął po gitarę, ale zatrzymał się tuż przed kontaktem z nią. Nie wiedział dlaczego, ale coś w środku mówiło mu, żeby jej nie dotykał. Z tą gitarą było coś nie tak, ogólnie ze wszystkim tutaj. Wciąż nagrywające studio, taboret na podłodze, gitara leżąca na podłodze tak lśniąca, a przecież musiała tak leżeć od kilku tygodni, brakująca struna - nic nie miało sensu. Cóż, nie dowie się o co chodzi póki tego nie sprawdzi, przełknął ślinę i chwycił za gitarę...

Nie stało się nic. Nic, co mógłby zauważyć. Gitara, teraz w jego rękach, wydawała się stracić ten blask, który miała leżąc na podłodze. Ciepły, gładki gryf idealnie leżał w dłoni. Postawił taboret i usiadł, przygotowując się do zagrania. Rozpoczął grać szarpiąc strunę E jako pierwszą. Gitara była perfekcyjnie nastrojona i mimo, że brakowało tej ostatniej struny, to były to najpiękniejsze dźwięki, jakie kiedykolwiek słyszał.

W tym samym momencie zauważył, że gitara brzmiała dokładnie tak samo, jak to, co słyszał całą noc. Było to tak czyste i piękne, że nie zdał sobie sprawy, że to gitara. Sądził, ze muszą to być dźwięki jakiejś harfy, ale ku jego zdumieniu tak idealne dźwięki wydawała ta gitara. Otrząsając się z zadumy, szybko wstał i rozejrzał się po pokoju.

- GDZIE JESTEŚ? WYCHODŹ! - zażądał. Ktoś musiał przecież na niej wcześniej grać, był tak pochłonięty chwilą, że kompletnie o tym nie pomyślał. Szybko przeszukał studio, obmacując ściany w poszukiwaniu ukrytych drzwi lub zapadni.

Po kilku minutach zawziętych poszukiwań nie znalazł niczego. "Czy to mogło być nagranie?", pomyślał i wrócił do poprzedniego pomieszczenia sprawdzić sprzęt. Wszystko było wyłączone tak jak zostawił to wczoraj. Nic nie nagrywało, nic nie odtwarzało… nic. Cała ta sytuacja była bardzo dziwna, ale Elijah szybko przypomniał sobie o gitarze i natychmiast wrócił po swoją nagrodę. Zafascynowany znów usiadł do grania i wczuł się w gitarę. Brak 1-szej struny wciąż wydawał mu się dziwny, ale niesamowite dźwięki wszystkich pozostałych nadrabiały. Rozpoczął grę po kolei przechodząc przez cały repertuar swoich ulubionych klasyków. Led Zeppelin nigdy nie brzmiał tak świetnie. Jak się wkrótce przekonał, takie nastrojenie gitary było idealne dla każdego gatunku muzycznego. Wszystko brzmiało lepiej.

- To po prostu nieprawdopodobne! - wykrzyknął.

Tuziny możliwości przemknęły przez jego głowę. "To może być to, czego mi trzeba", pełen był pozytywnych myśli. "To jest absolutnie fantastyczne. Nie obchodzi mnie jakiego gówna ludzie słuchają w dzisiejszych czasach, nie ma opcji, żeby tego nie kupili."

Ostrożnie odstawił gitarę na stojak i przeszedł do pomieszczenia obok wstawić nagrywanie. "Wracamy do gry", pomyślał i zaczął robić to, co kochał.

Po kilku godzinach nagrywania, był przekonany, że ma świetny materiał, którym może pochwalić się producentowi.
- Bob, to ci się spodoba. Jeśli tylko możesz, wpadnij tu najszybciej, jak się da!
- Jasne, będę niedługo.

Bob przybył następnego dnia, zirytowany. Nie był zbyt szczęśliwy, że musiał ruszyć dupę i tu przyjechać, ale był ciekaw, czy Elijah wciąż daje radę. Jego koszula nie była włożona w spodnie garnituru, a w jego ręce ciągle był. Jeśli to nie przejdzie, Elijah wyleci z roboty. Nie martwił się o to, bo nie był w stanie wyobrazić sobie, jak ktoś mógłby nie pokochać dźwięków tej gitary. To była jego sekretna broń. Elijah zaprowadził Boba do salonu, gdzie został zainstalowany system nagłośnienia surround.

- Spodoba ci się to, gwarantuję - zapewniał.
- Lepiej, żeby tak było - odparł swoim zrzędliwym głosem. Najwyraźniej nie był w nastroju do udawania zadowolenia. Elijah podpiął swój odtwarzacz mp3 do wzmacniacza i odtworzył wczorajsze nagranie. Czyste dźwięki gitary rozbrzmiały z głośników. Bob natychmiast wykazał zainteresowanie.
- Co… co to jest? To gitara? Jak wydobyłeś z niej takie dźwięki?
- To coś, nad czym pracowałem od dawna - skłamał Elijah.
- No cóż, nie wierzę, że to mówię, ale to jest dobre. Nawet świetne. Tylko tak dalej, a szybko wbijesz się na szczyt. Zadzwonię do zespołu od ra-
- Czekaj! - Elijah powstrzymał go nagle. - W zasadzie myślałem o nagraniu albumu solo.
- E, już o tym rozmawialiśmy, jesteś-
- Wiem Bob, ale tym razem, to będzie hit, obiecuję.
- Nie podoba mi się to… ale jeśli będziesz nagrywał coś takiego… Chyba mogę dać ci jeszcze jedną szansę.
- O panie, nie pożałujesz tego! - krzyknął z radością.
- No dobra, ale pod warunkiem, że będziesz się trzymał nowego stylu. Zapomnij o tym badziewiu, które robiłeś wcześniej.

Elijah zdusił w sobie głęboki gniew, zignorował ten docinek.

- Jasne... pewnie, oczywiście. Masz moje słowo.
- A teraz wybacz, mam kilka spraw do załatwienia. Pogadamy wkrótce - Bob wyszedł bez słowa.

Elijah był pełen podekscytowania. Nie bł tak szczęśliwy od czasu swojego pierwszego kontraktu. "W końcu, kolejna szansa. Wracam do gry… wszystkie światła będą skierowane na mnie”. Napędzany tą myślą natychmiast udał się do studia nagrywać dalej.

Po drodze przypomniało mu się, że przecież nie zwiedził jeszcze całego domu! Miał takiego fioła na punkcie gitary i nagrywania, że kompletnie o tym zapomniał. Szedł czerwonymi korytarzami w część domu, której jeszcze nie widział. Na końcu korytarza ujrzał kolejne drzwi. "NASTĘPNA sypialnia?" - pomyślał. Otworzył drzwi, ale natrafił na coś, czego się nie spodziewał: studio nagraniowe. Z tym, że to było puste. Tego pomieszczenia nie ominęli. Było małe i ciasne, szybko doszedł do wniosku, że to musi być to studio, o którym mówił Bob. Nie mógł zrozumieć, dlaczego w domu był dwa studia. Co ciekawsze, jak ekipa od przeprowadzek mogła ominąć to większe na dole i dlaczego Bob nic o nim nie wiedział? Poprzedni właściciel również działał pod skrzydłami Boba, więc musieli się spotkać w studiu. Dlaczego więc nie wspominał o tym drugim? No i dlaczego poprzedni właściciel korzystał z tego ciasnego studia, podczas gdy na dole miał lepsze?

Nagle muzyka z pomieszczenia rozbrzmiała delikatnie w korytarzach. Elijah był już poważnie zaniepokojony. Po raz kolejny, zanim w ogóle o tym pomyślał, szedł już do studia na dole. Zanim zorientował się co robi, stał już pod czerwonymi drzwiami. Tym razem otworzył je po cichu - miał nadzieję zobaczyć choćby przez moment co się tam dzieje. Mimo starań, dźwięk ustał gdy tylko otworzył drzwi. Gitara wciąż tam była, tym razem błyszczała mocniej, niż wcześniej. Bez wahania zbliżył się do instrumentu. Chętnie ją wziął i zaczął grać. Pomysły napływały same, ilekroć miał ją w rękach, pomysły, o których wcześniej nawet by nie pomyślał.

"To działa, jak magnes na pomysły!” - stwierdził. Gdy tak grał zdał sobie sprawę, że nie miał żadnych pomysłów. Po prostu… grał. Jego palce poruszały się po progach z niebywałą skutecznością, a piosenki zdawały się wypływać ze strun, jakby to nie jego palce je poruszały! Natychmiast odrzucił gitarę w niedowierzaniu, upadła ze złowrogim łomotem. Uświadomił sobie, co zrobił i czym prędzej chciał ocenić szkody. Ku jego zdumieniu, gitarze nic się nie stało. Ani jednej rysy. Coś tu było bardzo nie w porządku, a jego instynkt zaczął przemawiać przez miłość do instrumentu.

Odsunął się, nie spuszczając z niej wzroku nadal się cofając. Blask wydawał się nasilać, jakby wiedziała, że została porzucona. Elijah psychiczną więź ze strunami, jakby był z nimi połączony, a teraz ta więź miała się zerwać. Opanowany nagłą potrzebą przetrwania, odwrócił się i wybiegł czym prędzej z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Przypomniał sobie nagranie, natychmiast przejrzał historię aby sprawdzić, co nagrywał poprzedni właściciel. Gdy przewijał nagrania dzień po dniu, zaczął tracić nadzieję, że coś mu to da, ale odskoczył od konsoli, gdy skrzeczące i zniekształcone brzmienia rozległy się w głośnikach. Koszmarne wrzaski z nagrania powoli milkły zagłuszone potwornie zniekształconymi dźwiękami. Elijah był przerażony i natychmiast to wyłączył. Co przeraziło go jeszcze bardziej to to, że zaczęła grać muzyka z instrumentu. Widział struny gitary przez szybę, drgały same, pełne pewności, jakby nic ich nie obchodziło. Elijah już wiedział, co się działo.

Elijah wyleciał ze studia, kompletnie zszokowany. Nuty dobiegały z pomieszczenia, gdy wbiegał na schody. Im był dalej, tym głośniejsze był one. Dźwięk stał się bardziej zniekształcony, bardziej… zły. Główne akordy stały się mniej ważnymi, kojący dźwięk stał się mroczny i zimny. Perfekcyjne melodie stracił harmonię i stały się nierozróżnialne. Elijah już wiedział, że z tym instrumentem dzieje się coś złego i nadal chciał się dowiedzieć co.

Elijah chwycił laptopa i zaczął poszukiwać informacji o zniknięciu poprzedniego właściciela. Szukał coraz dalej, chciał znaleźć cokolwiek, co mogłoby wyjaśnić jego nieobecność i możliwe powiązanie z gitarą. Poprzedni właściciel nazywał się Bryan Reynolds, a jego przypadek nie był wyjątkiem. Nazwisko wydawało się znajome, jakby słyszał o nim wcześniej. Elijah szybko znalazł powiązane artykuły: podobne zniknięcia. Muzyka ze studia stawała się tym głośniejsza, im więcej wiedział Elijah. Cztery różne przypadki, wszystkie łączyły te same cechy. Najbardziej niepokojące było to, że oni wszyscy byli muzykami.

- Tak, tak… Znam go. Świetny muzyk. - powiedział sam do siebie. Mężczyzna nazywał się Gabriel Morales, taki los spotkał go przed Bryanem, potem kobieta, Delilah Williams, przed Moralesem. Elijah nie był do końca pewny, ale coś mu się w tych imionach nie podobało. Następny był Adrian Johnson. Gitara stała się głośniejsza, bardziej drapieżna. To, co było niegdyś prostą melodią, teraz było waleniem w struny, złośliwie przeszywając jego umysł. Głowa zaczęła mu pulsować, gdy poznał ostatnie nazwisko: Evelyn Myers. Elijah uświadomił sobie wtedy, co było z nimi nie tak…

Nagle silny wiatr przeleciał po domu, zrzucając laptopa z biurka i przewracając Elijah na podłogę. Oszołomiony i ranny, z trudem wstał na nogi, ale wiatr wiał teraz mocniej. Miotało jego ciało po domu, jak szmacianą lalką. Szybko zauważył, że nie bł pchany, a raczej ciągnięty. Ciągnięty w dół spiralnych schodów. Uderzał o każdy schodek, tracąc przytomność za każdym razem. Jego ciało wbiło się w drzwi z taką siłą, że z drewna zostały drzazgi. Elijah złapał za framugę, walcząc o życie. Jego ciała wydawało się rozciągać, gdy stawiał opór. Gitara praktycznie rozsadzała mu bębenki. Nagle fragment, którego się trzymał odłamał się i poleciał w stronę pięciostrunowej gitary.

Bob ostrożnie otworzył drzwi. Elijah nie odpowiadał na jego telefony od dwóch dni i zaczął się bać, że coś się stało. Zauważył, że wszystko w domu wyglądało dokładnie tak jak podczas jego poprzedniej wizyty. Koło drzwi stały nieotwarte pudła, a dom był zasadniczo opustoszały.

- E! E, gdzie jesteś? - krzyczał w całym domu. Chodząc po domu, zauważył schody. Zdawało mu się, że słyszał cichą muzykę z dołu. Schodził, stare schody trzeszczały i zgrzytały. Na dole było ciemno, na ścianie wymacał włącznik światła i czym prędzej go użył.

Pokój był ślepym zaułkiem. Bob spojrzał na ścianę, przywitał go osobliwy widok…

Stała tam oparta o ścianę biała, piękna, sześciostrunowa gitara.

piątek, 3 maja 2013

Przecież była reszka.


Odkąd pamiętam miałem problemy z podejmowaniem decyzji. To nie tak, że nie wiem, czego chcę, ja tylko nie wiem, jak to osiągnąć. Chyba możemy założyć, że bałem się konsekwencji moich decyzji i ich wpływu na ludzi, na których zależało mi najmocniej.

Problemem była decyzja, do którego koledżu mam iść, nie mogłem się zdecydować, na które imprezy mam się udać, kurde, czasami nawet nie mogłem zdecydować, co mam zjeść i stałem przed lodówką długie minuty.

Mój przyjaciel, jedna z niewielu osób, które mnie wspierały wiedział, ze musi coś zrobić. I tak jednego dnia, gdy łaziliśmy bez celu po okolicy, nie robiąc zupełnie nic, zaprowadził mnie do domu, w którym mieszka jego kumpel. Podobno mógłby mi pomóc z moim brakiem pewności siebie. Kiedy dotarliśmy na miejsce i spotkaliśmy się z nim, stało się dla mnie jasne, że owy kumpel jest jakimś specjalistą od głowy, czy może nawet psychiatrą, a mój przyjaciel zapłacił mu za tę wizytę. Wiedząc o tym, spotkanie nie przebiegło zbyt pomyślnie, a wieczór skończył się kłótnią, po której mój przyjaciel pospiesznie wyszedł. Wiem, że chciał dobrze, ale nie mogłem znieść tego, że według niego potrzebowałem takiej pomocy.

Następnego poranka, gdy już miałem wychodzić do mojej "ukochanej" pracy, usłyszałem jakiś szelest przy drzwiach wejściowych. Ktoś wsunął pod nimi kopertę i uciekł. Była to stara, zniszczona koperta i pachniała czymś na kształt wanilii. Otworzyłem ją, a ze środka wypadła moneta wraz z krótką notatką.

Początkowo nie bardzo wiedziałem, o co może chodzić i że ktoś musiał robić sobie jaja. To pewnie mój kumpel starał się jakoś wyjść z twarzą z tej sytuacji i obrócić ją w żart. Udało mu się. Uśmiechnąłem się i włożyłem monetę do kieszeni.

"Będę teraz mógł podejmować decyzję za pomocą rzutu monetą" - pomyślałem. I tak też robiłem.

Na początku używałem monety przy podejmowaniu zupełnie błahych decyzji. Wypiłem dzisiejszego poranka kakao, zamiast kawy. Kupiłem niebieski sweter. Poszedłem do kina, a film był naprawdę niezły.

Z czasem zauważyłem, że rzuty monetą stały się codziennością, podejmowałem w ten sposób wszelkie decyzje. Zacząłem ufać jej poradom bardziej, niż swoim przeczuciom. Stało się to moim nałogiem. Kilka razy starałem się zrobić coś zupełnie przeciwnego, niż wskazywał na to wynik rzutu monetą, ale nie mogłem. Próbowałem, naprawdę, ale coś, zapewne moje zaufanie włożone w monetę i wiara w jej słuszność, nie pozwalało mi i czułem prawdziwy, fizyczny ból, gdy chciałem coś zrobić po swojemu.

Ufałem jej coraz bardziej, aż zacząłem "pytać" ją o naprawdę poważne sprawy. Kupiłem używanego renaulta, zamiast peugeota. Ten sam peugeot, którego zakup rozważałem, uczestniczył niedługo potem w wypadku samochodowym, zawiodły hamulce. Kierowca zginął na miejscu. Kolega zaproponował skoki ze spadochronem. Odmówiłem, a na moje miejsce poszła jego dziewczyna. Spadochron się nie otworzył. Na pogrzebie stałem obok niego, ramię w ramię, czułem jego pogardę. Chciałby, żebym to ja był w tej trumnie.

Kiedy coraz więcej decyzji okazywało się być tymi właściwymi, zacząłem grać na giełdzie. To był piorunujący sukces, w kilka godzin zarabiałem tyle, ile większość ludzi w miesiąc, wszystko dzięki decyzjom podjętym z pomocą monety. Nigdy nie powiedziałem o niej mojemu przyjacielowi, bo sądziłem, że to i tak on ją mi dał, a skoro wszystko szło tak dobrze, to nie chciałem się przyznawać, że nadal jej używam.

Mając już więcej pieniędzy, niż potrzebowałem, wkrótce zacząłem odczuwać nudę. Zrobiłem listę rzeczy, które chciałbym zrobić, a plan był taki, żeby odznaczyć wszystkie pozycje na niej do końca roku. Oczywiście wszystko, jak zwykle, poprzedzone będzie rzutem monetą. Reszka oznaczała, że zrobię to, orzeł - nie.

To była spokojna noc, a ja spacerowałem po mieście. Było cicho i nie widziałem nikogo już od jakiegoś czasu. Czułem, że to odpowiedni moment na wykreślenie jednej z pozycji na mojej liście. Stanąłem u witryny zamkniętego już sklepu. Pozostało do zrobienia jeszcze kilka rzeczy, od których podnosiło mi się ciśnienie. Obrabowanie sklepu było jedną z nich. Jeżeli wypadnie reszka, to przynajmniej będę wiedział, że mnie nie złapią. Rzuciłem monetą. Orzeł. Obrabowanie sklepu musi zaczekać.

Następnego dnia zrobiłem sobie kawę, reszka, z mlekiem, wyszedłem - orzeł, co oznaczało, że nie muszę wracać po parasol. To był piękny dzień, więc pozostały wolny czas spędziłem w parku na ławce. Na trawniku nieopodal para urządziła sobie piknik. Wyglądali na szczęśliwych.

Nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy wyjąłem z kieszeni monetę, podrzuciłem i złapałem. Reszka. Wstałem, chwyciłem za nóż w koszyku piknikowym i poderżnąłem im gardła. Wszystko stało się szybko i po cichu. Chyba nawet nie zorientowali się, co się dzieje, aż było już za późno. Z ich ust wydobywały się jedynie nieme krzyki i krew. Spokojnym krokiem udałem się do domu i poszedłem spać.

Obudziło mnie głośne stukanie do drzwi. Pomyślałem, ze to mój przyjaciel, narzekałem pod nosem, że mógł uprzedzić telefonicznie o wizycie, ale poszedłem otworzyć. Gdy zbliżałem się do drzwi, wyleciały one z hukiem, a do mieszkania wtargnęło pięciu policjantów, powalili mnie na podłogę. Nie pamiętam już zbyt wiele od tego momentu, ale powiedziano mi, że gdy leżałem na podłodze szeptałem: "Ale... ale przecież była reszka." Moneta, o której mówiłem na przesłuchaniach, nigdy nie została znaleziona.

Od jakiegoś czasu znajduję się z zakładzie psychiatrycznym. Mówią, że polepsza mi się i pozwolą mi pisać. Nie wiedzą jednak, że kilka nocy temu ponownie usłyszałem szemranie przy drzwiach mojej celi. Coś wsunięto pod drzwiami. To była koperta. Koperta o delikatnym zapachu wanilii. Nie zamierzałem spędzić życia w wariatkowie. Dziś wieczorem wychodzę, z monetą w kieszeni. Nie podlega żadnej wątpliwości, że niedługo się spotkamy.
----------------------------------------
Lepiej się pisze, kiedy to facet musi oszaleć niż dziewczyna :). Historia znaleziona w internecie...

Brat bliźniak.


Zawsze myślałam, że jestem jedynaczką. Tak mi mówiono, więc dlaczego miałabym nie uwierzyć ?
Jednak pewnego razu, gdy wyszłam ze szkoły, ktoś na mnie czekał. Nie spostrzegłam tego, póki nie zatrzymał mnie, wymawiając moje imię. Spojrzałam na niego. Był mi dziwnie znajomy, ale nie domyślałam się, co mi zaraz powie. Poprosił mnie, bym poszła z nim gdzieś pogadać. Nie wiem dlaczego, lecz zgodziłam się nawet bez piśnięcia.
Oznajmił mi, że jest moim bratem - bliźniakiem. Na początku go wyśmiałam. Po pewnym czasie jednak uwierzyłam. Najpierw ogarnęła mnie złość, iż to wszystko przede mną utaili rodzice. Oddali go po prostu do adopcji. Chciałam zrobić awanturę rodzicom, ale nie zrobiłam tego. Dałam sobie spokój i cieszyłam się, iż go w ogóle poznałam. Tego samego dnia powiedzieli mi, że znów z nami zamieszka. Zdziwiłam się, ale o nic więcej nie pytałam.
Innym razem, już trochę później, siedzieliśmy przed telewizorem. Czułam się taka bezpieczna, mając Christiana przy swoim boku. Był dokładnie taki, jak ja, a pomimo tego, świetnie się dogadywaliśmy. W pewnym momencie przybliżył się i mnie objął. Pozwoliłam mu na to.
W telewizji była mowa o mordercy, który od jakiegoś czasu mordował młode dziewczyny. Przy każdej z nich, na różne sposoby, zostawiał wiadomość, która głosiła "Żyj każdym oddechem, o ile ci go nie zabiorę". Christian wyłączył telewizor i oznajmił, że nie powinniśmy się tym przejmować. To przecież tylko bzdura...
Kilka dni później, przytulaliśmy się w naszym pokoju. Ach, prawdę mówiąc, chyba się zakochałam. Ale czy to ma sens? Przecież, to mój brat. Byłam rozdarta.
Któregoś dnia, kiedy skończyłam lekcje, Christian gdzieś zniknął. Zwykle o takiej porze czekał, aż razem wyjdziemy i szliśmy na spacer. Zmartwiłam się. Czy coś mu się stało?
Poszłam sama do domu. Tam, na stole, znalazłam gazetę. Był tam artykuł, o zaginionej dziewczynie. "Czy to kolejna ofiara?"- głosił nagłówek. Wzdrygnęłam się. Było nawet zdjęcie. Ładna brunetka o przenikliwym wzroku. Znałam ją ze szkoły.
Christian wrócił trochę później. Nie powiedział mi, gdzie był, a i ja nie pytałam. W końcu, sama lubiłam mieć chwile dla siebie. Znów oglądaliśmy razem telewizję. Znaleźli kolejne zwłoki. Tym razem ofiara była trochę starsza. Mój brat wydawał się trochę przygaszony, więc zaproponowałam popcorn.
Kilka dni później pojechałam do lekarza, a Christian do domu. Nie lubiłam być z nim rozdzielona. Byliśmy jednością...
W drodze powrotnej zauważyłam stary dom. Wiele razy, jako dziecko, bawiłam się tam. Postanowiłam po raz kolejny wejść do tego miejsca. Swoje kroki bez zastanowienia, od razu skierowałam do piwnicy. Musiałam zapalić światło.
Spojrzałam na coś, co mogło wydawać się kupką szmat. Jednak ona się ruszała, w dodatku była pół żywą istotką. Dziewczyna z gazety...
Podeszłam bliżej, by przyjrzeć się jej ranom. Krwawiła obficie. Mój oddech przyspieszył, a ciało zaczęło drżeć. Próbowałam oddychać, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Nie czułam nic, stojąc tak i nic nie robiąc. Przy dziewczynie leżała notatka. To były te słowa...
- Agnes?- usłyszałam głos Christiana za sobą. Automatycznie obróciłam się na pięcie i spojrzałam na chłopaka. Wydawał się przerażony, że tam jestem. Skąd wiedział, gdzie mnie szukać? Moje serce zabiło gwałtownie. I wtedy zrozumiałam, co się właśnie dzieje... Przekrzywiłam głowę na bok, a moje usta wykrzywiły się w coś na wzór uśmiechu, pełnego szaleńczego popędu. Wysunęłam rękę w jego stronę, robiąc krok w jego stronę. Nie mogłam uwierzyć w to wszystko.
- Żyj każdym oddechem, o ile ci go nie zabiorę, czyż to nie piękne słowa? - zapytałam, widząc przerażenie na jego twarzy.
________________________________________________________________________________
Historia znaleziona w internecie...

Zawsze będę przy tobie


Kiedyś żyła sobie pewna para. Karolina i Marcin. Marcin miał 14 lat, a Karolina 15. Tak się złożyło, że Marcin bardzo dobrze się uczył i przeskoczył jedną klasę do przodu, dlatego są razem w klasie. Karolina była piękną brunetką, o niebieskich oczach i zawsze z uśmiechniętymi ustami. Marcin był blondynem, miał zielone oczy, i też był zawsze uśmiechnięty. Cała klasa wiedziała o tym. Wszyscy mówili że do siebie pasują. Karolina i Marcin siedzieli w jednej ławce, pewnego dnia umówili się do kina na romantyczną komedię. Po wyjściu było około 19:45. Marcin stanął przed Karoliną, i powiedział "Karolino, kocham cię bardzo. Nigdy nie widziałem piękniejszej dziewczyny od ciebie. Pamiętaj, będę przy tobie nawet w chwilach śmierci" i dał jej pocałunek w usta. Karolina uśmiechnęła się i przytuliła Marcina. Trochę chcieli się przejść przez park. Lubili go bardzo. W dzień był wesoły i radosny. To że nie było jeszcze ciemno, pozwoliło im na dłuższy spacer. Rozmawiali o tym co będą robić w przyszłości. Chodzili tak do 21. Było już ciemno. Nastała pełnia. W końcu dziewczyna zorientowała się, że muszą już wracać. Chłopak wziął dziewczynę za rękę i szukali domu Karoliny.
Po jakiś 10 minutach odnaleźli dom Marcina. Dziewczyna trochę się bała sama wracać do domu. Poprosiła Marcina, by pozwolił jej zostać tu na noc, a z samego ranka by poszła do swojego domu. Marcin bez chwili namysłu zgodził się. Nagle usłyszeli jakiś szelest w krzakach. Trochę ich to wystraszyło. Przyspieszyli krok otworzyli furtkę i weszli na podwórko. Gdy Marcin wyjął z kieszeni klucze do domu, coś zaszeleściło u niego w ogródku. Pędem otworzył drzwi i za sobą zatrzasnął. "Marcinku, to ty?" zawołała mama Marcina. "Tak, to ja. Mamo, posłuchaj może u mnie przenocować koleżanka (Rodzice nie wiedzieli o ich związku)? Jest ciemno i boi się sama wracać do domu". "Tak tak oczywiście!". Para weszła na górę do pokoju chłopaka. Zamknęli za sobą drzwi, a wyczerpana Karolina padła na łóżko chłopaka. Ten usiadł przy jej głowie. Powiedział "Kocham Cię" i pocałował dziewczynę w usta. Zaczęli się całować. Nagle poczuli przeciąg. Marcin odwrócił się. Okno było otwarte, a ciepły wiaterek popychał żółte firanki. Zdenerwowany sytuacją zamknął okno, i wrócił do tego co robił. Potem znów poczuli przeciąg. Wystraszony chłopak odwrócił się. Okno znów było otwarte.
Trzęsący się chłopak razem z dziewczyną podeszli do okna i wyjrzeli. Przed furtką zobaczyli wysokiego mężczyznę. Otwierał ich furtkę. Wystraszeni zamknęli okno i pobiegli na dół. "Mamo! Mamo włamywacz! Tato! Widziałem otwieram furtkę!" zaczęli się drzeć. Przestraszona matka wbiegła do salonu i wyjrzała przez okno. Nikogo nie było, a mężczyzna tak jak by się rozpłyną. Mama Marcina była zła na dziewczynę i chłopaka, że ją oszukali. Kazała im iść na górę. Ci poszli na górę zamknęli za sobą drzwi i wyjrzeli przez okno. Sytuacja się powtórzyła. Zobaczyli tego samego mężczyznę. Właśnie zamykał za sobą furtkę. Sparaliżowana strachem para patrzyła na mężczyznę który... wyrywa sałatkę z ogródka?! Mężczyzna spojrzał na nich z złowrogim uśmiechem. Odsunęli się od okna i zaczęli głośno oddychać, tak jak by byli zmęczeni po biegu do o koła boiska. Położyli się na łóżku i zaczęli się zastanawiać... kto to był? Po co tu wszedł? Jak wszedł? Po głowie krążyły im milion pytań. Nagle ktoś zapukał okno. Za oknem stał mężczyzna. Zaczęli się drzeć. Ale wyglądał jak by stał na wielkim niewidzialnym krześle. Do pokoju wbiegli rodzice Marcina. Spojrzeli w okno. Faceta nie było. Opowiedzieli im całą sytuację.
Matka zaczęła się śmiać i powiedziała "to tylko nastolatkowa wyobraźnia", po czym rodzice poszli na dół. Przestraszeni postawili 20 książek pod oknem, by tym razem się nie otworzyło, i zasłonili firanki. Usiedli na łóżku. Ktoś zapukał w okno. Tym razem nie mieli odwagi sprawdzić kto to. Zamknęli oczy i przytulili się do siebie. Po kilku sekundach otworzyli. Na podłodze leżała karteczka. Na niej było napisane "i tak was do padnę". Tym razem nic nie zrobili i nie zawołali rodziców chłopaka. Wzięli karteczkę do ręki. Z tyłu poczuli coś lepkiego. Odwrócili karteczkę. Na drugiej stronie była krew. Przerażeni pobiegli na dół i wyrzucili karteczkę do śmieci. Dla bezpieczeństwa, dołączyli się do oglądania filmu z rodzicami Marcina. Marcin spojrzał na zegarek. Była 23:35. Oglądanie filmów znudziło ich. Poszli do kuchni napić się wody. W kuchni stał facet. Zawołali rodziców. Pomyśleli że to znów żart, i nie przejęli się tym. Nagle coś twardego uderzyło w ich głowę. Upadli na ziemię, i zemdleli.
Obudzili się w ciemnym pomieszczeniu przykuci do stolika. Stolik był metalowy, zimny i cały we krwi. Zaczęli się drzeć i roić. Wszędzie było ciemno. Tylko długi ciemny żyrandol jak w psychiatryku ich oświetlał. W cieniu dostrzegli kontury wysokiego mężczyzny. Powiedział grubym i ciężkim głosem "myśleliście, że zrezygnuję"? "o co ci chodzi!" "O to, że chcę ciebie Karolinko" "Nie! Proszę, puść nas! Znajdź kogo innego!" "Nie nie, za dużo włożyłem w to pracy, dni, obserwowania by teraz zrezygnować" "Nie! Proszę! Puść mnie i mojego chłopaka!" "To twój chłopak? hahahahahahaha (wybuchł śmiechem), zapomnij o nim. Zostań ze mną, spójrz jaki jestem piękny" i wyszedł cienia. Jej oczom ukazał się pięknym chłopak, o brązowych włosach i niebieskich oczach. Twarz miał czystą i zadbaną. "Karolina, chyba tego nie kupujesz?!" krzyknął Marcin. "Nie! Kocham tylko ciebie!" "Nigdy już nie zobaczysz swego chłopaka". Mężczyzna wyjął zza pleców tasak. Podszedł do chłopaka. "Niee!!!" krzyknęła Karolina, gdy tasak wbił się w brzuch Marcina. Marcin zaczął jęczeć. Z jego ust, z których wydobywała się krew wyszedł głos "Nigdy Cię nie opuszczę. Nawet w chwilach śmierci" i umarł. Karolina zaczęła się drzeć i płakać. "Cssiii..." powiedział mężczyzna. Upuścił z rąk tasak.
Zbliżył się do dziewczyny i zaczął ją całować. "Jesteś stuknięty! Przestań! Aaaaa!" "Wiem, kochanie". Nagle udało jej się odwiązać ręce. Przybiła chłopakowi z pięści i odwiązała nogi. Uciekła gdzie tylko mogła, tylko po to by wydostać się na miasto. Wyczerpana szła coraz wolniej i wolniej, aż padła i zasnęła. Obudziła się w szpitalu. Przy niej, byli rodzice. Wszyscy dopytywali się co się stało. Ona nie mogła nic powiedzieć. Gdy bardziej otworzyła oczy, zobaczyła przy rodzicach Marcina. "Marcin?" szepnęła tak cichutko, że rodzice tego nie usłyszeli. "Mówiłem, że zawsze będę przy tobie. Nawet, gdy umrę. Kocham cię" i znikł.
________________________________________________________________________________
Historia nie naszego autorstwa.....

Pamiętniczku...


26 lipca 2010 r.
Hej Pamiętniku. Miałam dzisiaj doła. Nie umiałam sobie inaczej poradzić, więc się pocięłam. Krew sprawiła mi przyjemność.

28 lipca 2010 r.
Znowu to samo... Nie wiem, na rękach już nie mogę się ciąć-jest za dużo ran. Ciągła krew jest piękna. Jak mam żyć bez niej? Oh.. Taaak... Kreew.

29 lipca. 2010 r.
Poznałam chłopaka. Był Piękny-jak anioł. Miał jasną karnację, kruczoczarne włosy, złote ogniste oczy... Ahhh... Podszedł do mnie i dał mi swój numer telefonu!! TELEFONU!!

31 lipca 2010 r
Zadzwoniłam do niego- umówiliśmy się na kawę do Fretniss Pub. Skończyło się na wypiciu paru drinków. Chyba go kocham. Nie wiem, czy z tej bezsilności się nie zabić... On ma dziewczynę! TA SUKA MI GO ZABIERA!!!

3 sierpnia 2010 r.
Widziałam ją dzisiaj. Ma na imię Monica, ładnie prawda? Kurwa. Jest całkiem ładna, ale David i tak będzie mój.. Za wszelką cenę.
A co u mnie? Mam kolejne rany... Oh... Krew jest tak piękna jak On. Kocham i go i krew. Eh... Jak będę bez nich żyła!?

4 sierpnia 2010 r.
Monika mnie polubiła. Spotkałyśmy się, chcę ją upić... Dzisiaj idziemy do pubu, a raczej klubu nocnego... Jutro już jej nie będzie.

5 sierpnia 2010 r.
Dałam suce środki nasenne, bo dostała okres... Jest taka głupiutka, że pomyślała, że to są leki miesiączkowe. Myślałam, że się posikam ze śmiechu, gdy wzięła 3 tabletki na raz. Potem dodałam i rozpuściłam jej w drinku 4 kolejne. Jest taka głupiutka. Do piwa tez jej dodałam sproszkowane-przygotowane wcześniej. Gdy rozbolała ją głowa dałam jej kolejne 2... ! Kiedy zapytała się mnie, czemu mam przy sobie tyle tabletek powiedziałam, że cierpię na migrenę, a te leki mi pomagają. Uwierzyła! Rozumiesz pamiętniczku!? Ta durna suka uwierzyła! Zawiozłam ją do domu i tam podawałam co godzinę 3 kolejne. Spała... cały czas. Spała do 12, 13, 14... O 19 żeby nie wzbudzić żadnych podejrzeń zadzwoniłam na pogotowie, mówiąc, że znalazłam puste opakowanie środków nasennych przy jej łóżku! Ha ha ha ha ha ha! Zabrali ją i stwierdzili zgon!

6 sierpnia 2010 r.
Jutro jej pogrzeb. Będę mogła pocieszyć Davida... A on? Padnie mi w ramiona, tak... To plan doskonały. A w dodatku wszyscy myślą, że popełniła samobójstwo!
Jacy ludzie są bezmyślni.

10 sierpnia 2010 r.
Spędziłam noc z Davidem.. Ah..Było cudownie. Robiliśmy to chyba z 10 razy! Boże...!!! On jest cudowny, wspaniały... Ale zaczął mnie unikać. Dzwoniłam do niego, ale nie odbiera. Napisałam maila, nic. Poszłam do naszego pubu, czekałam 4 godziny! Nie przyszedł... Zostaje mi krew.

15 sierpnia 2010 r.
David już na zawsze zostanie ze mną. Jest ze mną, nie wyjdzie już nigdy. Nigdy! Jego części są w zamrażarce, a jego serce w moim żołądku.
________________________________________________________________________________
Historia nie naszego autorstwa.

Morganville cz. 3


Przy szafkach stał mężczyzna. Był raczej marnej postury. Był ubrany w długi, czarny płaszcz i brązowy kapelusz. Widziałam jednak, że ma brązowe włosy. Facet wywalał coś z półek na podłogę. Moje serce waliło mi w piersi. Odwróciłam się cicho od futryny i pobiegłam do pokoju. Wskoczyłam do łóżka i mocno przytuliłam się do Amandy. Kątem oka zauważyłam jak jakiś cień przesuwa się obok moich drzwi. Przykryłam się kołdrą i zamknęłam oczy. Po chwili już spałam.
*Ranek*
Obudziłam się pełna niepewności. Zegarek wskazywał 7:23. Wyskoczyłam cicho z łóżka, żeby nie obudzić Amandy i Clarie i zbiegłam na dół. Wbiegłam jak oszalał do kuchni, a mój mózg oszalał. Kuchni wyglądała normalnie. Wszystko było na miejscu.
- Świrujesz... - powiedziałam do siebie
- Ale co świrujesz ? - zapytała zaspana Clarie, która weszła do kuchni
Opowiedziałam jej wszystko co widziałam w nocy. Clarie ledwo mi uwierzyła, ale miała pewność, że to się wydarzyło.
- Musimy powiadomić gliny. - powiedziałam ciszej
- Czy ty nie kapujesz ? Oni właśnie tego chcą. - powiedziała Clarie
- A jak "to coś" dorwie nas, albo Amandę, to co wtedy ?  - zapytałam
- Połamiemy ręce temu pojebowi. - powiedziała Clarie
- Dziewczynki ! - krzyknęła mama z korytarza
- Tak ? - zapytałam
- Jedziemy do miasta. - powiedziała mama - Nie wiadomo czy dziś wrócimy, wiecie jak te miasto jest daleko, a w tej wiosce, 3 km od nas nie ma żadnego sklepu. - powiedziała mama
- Mamo, jadę z wami. - powiedziała Amanda
- Nie skarbie. Zostajesz z dziewczynkami. Zaopiekujcie się nią - powiedziała mama i wyszła z domu. Z okna w salonie patrzeliśmy jak samochód znika za lasem i zastawia nas same w domu.
- No to impreza ? - zapytała Clarie, jak tylko odwróciłam się w jej stronę
- A co ty masz tak upodobanie do tych imprez ? - zapytałam
- A tak jakoś. - odpowiedziała - Twoja mam wspominała coś o tej wiosce, może znajdziemy tam chętnych do zabawy.
- Przecież my ich nawet nie znamy. - powiedziałam
- To poznamy. - powiedziała Clarie
- To weźmy rowery ze szopki i chodźmy. - wypaliła nagle Amanda. Zamknęłyśmy dom i nawet nie spostrzegłam kiedy, jechałyśmy już drogą do wioski. Kilometr przed wioską z moim rowerem zaczęło dziać się coś złego. Nagle upadłam na ziemię i obtarłam sobie całe kolano.
Clarie zeskoczyła z roweru i podeszła do mnie.
- Boli cię ? - zapytała
- Nie aż tak, ale jak ja teraz pojadę ? - zapytałam i spojrzałam z Clarie na koło, które leżało niedaleko roweru. Popatrzyłyśmy po sobie i zaczęłyśmy się śmiać.
- Dziewczyny, nic wam nie jest ? - zapytał nagle jakiś męski głos
Spojrzałyśmy w górę. Zauważyłam dwóch chłopców - bliźniaków.
- Nie. - odpowiedziała nagle Clarie - A może jednak. - powiedziała i wskazała na koło
- Pechowo. - powiedział blondyn z niebieskimi oczami i uśmiechnął się do mnie - Naprawię wam to.
- Dzięki. - odparła Clarie
- Tak, mój brat dobrze zna się na mechanizacji takich sprzętów. - powiedział brunet z niebieskimi oczami i uśmiechnął się do Clarie
Wsparłam się na rękach i próbowałam się podnieść. Ręce blondyna złapały mnie z pasie i podniosły do pionu.
- Dzięki. - burknęłam i otrzepałam się z piasku.
- Robimy imprezę. - wypaliła Clarie - Jesteście zaproszeni.
- Dzięki. - odrzekli z uśmiechami chłopcy - Skąd jesteście ? - zapytał brunet
- Nie jesteśmy stąd. - powiedziała Clarie - Jesteśmy na wakacjach. Mamy domek 3 km stąd.
- Wiecie, co nie mam ochoty iść dalej. - powiedziałam
- To chodźmy już do was. - powiedział blondyn, co mi się spodobało, bo bolało mnie kolano
- No to chodźmy. - odpowiedziała Clarie. - Jak macie na imię ?
- Jestem Colle. - powiedział brunet
- A ja jestem Josh. - odrzekł blondyn
- Jestem Clarie, to Elizabeth - wskazała na mnie - A to jej młodsza siostra, Amanda - wskazała na małą, która z przerażeniem przyglądała się chłopca.
Szłyśmy może 30 minut do domku. Otworzyłam drzwi i wprowadziłam chłopaków z Clarie i Amandą do środka. Chłopacy od razu rzucili się na kanapę w salonie. Zdziwiło mnie to, ale nic nie mówiłam. Włączyłam muzykę i przyniosłam coś do jedzenia. Zaczęliśmy wymieniać się poglądami i zainteresowaniami. Nie wiem nawet kiedy i to był błąd, wyszłam do kuchni. Za mną przypędził blondyn.
- Co tam robisz ? - zapytał podchodząc do mnie
- Coś do jedzenia, wiesz, nie jadłyśmy jeszcze śniadania, a mój brzuch tego się domaga. - powiedziałam do niego
- Pomogę ci. - powiedział Josh. Podszedł do szafki z nożami i talerzykami i wyciągnął naczynia. W moich myślach włączyła się lampka ostrzegająca. "Skąd on mógł wiedzieć, gdzie są sztućce i naczynia ?" pomyślałam. Odłożyłam nóż na blat.
- Musze na chwilkę wyjść i zapytać się ich co by chcieli zjeść. - powiedziałam do Josha
- Ok. - odpowiedział. Pośpiesznie wyszłam z kuchni i weszłam do salonu. Clarie siedziała blisko Colle'a i śmiała się razem z nim. Moje serce prawie stanęło. Po kręgosłupie przeszedł mi lodowaty dreszcz.
- Clarie, chodź na chwilę. - powiedziała do niej
Clarie podeszłą do mnie, a ja wyprowadziłam ją na zewnątrz, zamykając drzwi za sobą. Żebym wiedziała, co się wtedy stanie, nigdy nie zawołałabym Clarie na zewnątrz.
- Colle to ten włamywacz. - powiedziałam cicho
- Co ty gadasz ? - zapytała z uśmiechem Clarie
- Słuchaj mnie do cholery ! - uniosłam się trochę - To on, mówię ci. Josh bez zaglądania w każdą szufladę wiedział gdzie są sztućce i naczynia, przypadek ? Nie sądzę - powiedziałam
- Jeśli Colle był włamywaczem, to Josh musiał być z nim. - powiedziała Claire
- Do czego zmierzasz ? - zapytałam
- Jest ich dwóch. Amanda jest w środku sama, a jeśli oni.... - Clarie nie dokończyła zdania i wskoczyłyśmy razem do domu. Wbiegłyśmy do salonu, gdzie nikogo nie było. Było już za późno. Wbiegłyśmy do kuchni, gdzie Josha, też nie było. Pośpiesznie zgarnęłam nóż z blatu. Wybiegłyśmy na korytarz. Poczułam mocny uścisk w pasie i ciągnięcie do tyłu. Ktoś ciągnął mnie do piwnicy, razem z Clarie. Uderzałam o każdy schodek. Przy trzecim straciłam przytomność.
Obudziłam się na czymś twardym, zimnym, metalowym, był to jakiś stół. Na nim coś lepkiego i ciepłego zarazem....."krew" pomyślałam. Zaczęłam wyrywać się i szamotać. Bezskutecznie. 10-centymetrowe pasy mocno krępowały mi ręce i nogi. Podniosłam głowę i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było dość ciemno, ale jedna gazowa lampa rozświetlała, prawie całe pomieszczenie. Obok mnie leżała Clarie. Była nieprzytomna, ale powoli się budziła.
- Clarie. - szepnęłam do niej - Clarie.
- Eli ? - zapytała - Co jest ! - wrzasnęła i zaczęła się wyrywać. Niestety, tak jak ja była przypięta do stołu. Usłyszałam psychodeliczny śmiech i spojrzałam się na jego źródło. Z cienia wyszły dwie postacie. Tak jak się spodziewałam, był to Josh i Colle. Byli ubrani tak jak zobaczyłam Colla w kuchni.
- Moje małe gołąbeczki. - powiedział z uśmiechem
- Wypuście nas ! - wrzasnęła Clarie
- Śmieszna jesteś skarbie. - powiedział Colle i podszedł do niej.
Josh zbliżył się do mnie i spojrzał mi w oczy.
- A ty nie chcesz, żeby cię wypuścić ? - zapytał, blisko mojej twarzy.
- Pojebańcu ! - splunęłłam mu w twarz - Gdzie jest Amanda ?!
- Drapieżna. - zaśmiał się Josh i zgarnął ślinę z twarzy, ale od razu dostałam z potężną siłą w policzek. - Twoja kochana siostrzyczka już dawno jest w piekle.
- Coś jej zrobił, gadaj ! - wrzasnęłam na niego i zaczęłam się wyrywać.
- To samo zrobię tobie zaraz, więc możesz się przekonać na własnej skórze. - powiedział Josh i odwrócił się do mnie plecami. Gdybym tylko miała ten nóż i mogła się uwolnić, wszystko potoczyłoby się inaczej.
- A co zrobimy z nią ? - zapytał się Colle i wskazał na Clarie
- To już zostawiam do twoje dyspozycji. - powiedział Josh
- Świetnie. - powiedział Colle z uśmiechem i pocałował Clarie w usta. Clarie zaczęła płakać.
- Nic ci to nie pomoże. - powiedział, pewny siebie Colle
- Dlaczego to robicie ? - zapytała Clarie z wściekłością. Chłopacy zaczęli się śmiać.
- Opowiem wam historię. - zaczął Colle - Mięliśmy po 14 lat. Może nas nie pamiętacie, ale my was pamiętamy, aż za dobrze. Chodziliśmy z wami. Było cudownie, prawda braciszku ? - zapytał Colle, Josh'a
- Tak. - odpowiedział Josh z westchnieniem i wyciągnął srebrny nóż z kiszeni, który połyskiwał w świetle lampy.
- No więc, kiedy wy łaskawie wyjechałyście bez słowa, strasznie cierpieliśmy. Nikt nie był wystarczający dla nas jak wy. Więc ruszyliśmy w poszukiwaniu was. W końcu po 4 latach poszukiwań, same się nas natknęłyście.
- Carol ? - zapytała ze łzami Clarie - Jak możesz, wasza miłość, przerodziła się w pierdoloną patologię !
- Patologię. - prychnął śmiechem Josh - Dobre słowo, jak na maniaczkę sexu.
- Maniaczkę ! - wrzasnęła Clarie - Jesteście psychicznie chorzy ! - wywrzeszczała - Musicie się leczyć !
- Dobra ! Stop ! - wrzasnęłam - Wiecie dlaczego wyjechałyśmy ? - zapytałam ze złością - Wasza matka ! Wasza matka powiedziała, że jesteśmy dla was "paniami do towarzystwa" ! Kazała nam się wynosić.
- Bzdury ! - wrzasnął zbulwersowany Josh
- Twoja matka wyjechała 23 września na zjazd absolwentów do starej szkoły. - powiedziałam - Była wtedy u nas, mówiła, że jeżeli się nie wyniesiemy, zabije nas. W końcu zabiła moją małą siostrę Cassie. - zaczęłam płakać - Wynieśliśmy się.
Colle i Josh popatrzeli po sobie i zaczęli nas odpinać.
- Nadal cię kocham. - powiedziałam do niego. Wzięłam od niego nóż i położyłam na stole. Josh mocno mnie przytulił. Odwróciłam go plecami, do Clarie oraz Colle'a i zaczęłam go całować. Nagle w piwnicy rozległ się huk. Chwyciłam szybko nóż i skierowałam w stronę Josha.
- Co ty robisz ? - zapytał z przerażeniem
- Myślałeś, że dam się tak łatwo ?! - zapytałam z uśmiechem. - Clarie ! - wrzasnęłam. Clarie uderzyła Josha słoikiem, a on zemdlał. Przypięłyśmy ich do stołów, na których wcześniej leżałyśmy i same zaczęłyśmy przeszukiwać chłopców. Znalazłyśmy dużo ciekawych "urządzeń". Wyłożyłyśmy wszystko na stolik, gdzie też znajdowały się różniej długości noże z zaschniętą krwią i inne rzeczy.
- Clarie. - usłyszałam cichy pomruk. Clarie odwróciła się i podeszła do Colle'a
- Skarbie, nie martw się. Nie będzie aż tak bolało. - przyznała
- Będzie cholernie bolało. - zaśmiałam się.
- Tak. - poparła mnie Clarie i przejechała lekko, po twarzy Colle'a, całując go przy tym.
- Clarie, dość tego dobrego. - powiedziałam, kiedy dziewczyna zaczęła rozbierać Colle'a
- To moja ofiara kochanie. - powiedziała - Ty baw się swoim łupem.
- Dobra, dobra, tylko nie przesadzaj. - powiedziałam do niej złym tonem
- Spokojnie. - zachichotała Clarie. Wdrapała się na stół i usiadł na brzuchu Colle'a. Przusunęłłam stolik pomiędzy stołu i spojrzałam na twarz Josha.
- Oj skarbie, po co było fikać ? - zapytałam go
- Szmata ! - rzucił.
- A myślałam, że mnie kochasz. - posmutniałam - Ja nadal cię kocham, ale ktoś inny liczy się bardziej.
Z cienia wyszła Amanda. Jej ubranie było całe we krwi, jej lalka była przy niej, a pod broda widniała wielka dziura od haka rzeźniczego.
- Co ? - zaczął szamotać się Colle.
- Cssiii... - powiedziała Clarie i zapchała mu usta szmatą
- Witajcie chłopcy. - powiedziała Amanda - Jak widzicie, żyję, chodź trochę boli mnie kręgosłup. Ciężko było udawać, że wisi się na haku Cholernie mnie to wkurzało i przeskadzało. Ale ból moją domeną.
- Czego od nas chcesz ? - zapytał wściekły
- Jak to czego ? - zapytała i zaśmiała się. Spojrzała przekrwionymi oczami w jego oczy. - Chcę odzyskać życie i moją....- przerwała - ...naszą siostrę, Cassie. - Dziewczęta, nie wydurniajcie się, tylko bierzcie się do roboty. - powiedziała do nas
- Tylko trochę zabawy. - powiedziała Clarie
- Dobra, ale nie przesadzajcie. - powiedziała Amanda - Do północy muszę mieć ich serca i krew.
- Dobrze. - odpowiedziałyśmy zgodnie z Clarie.
Amanda odeszła w cień, a my zaczęłyśmy naszą zabawę.
- To co pierwsze siostrzyczko ? - zapytała Clarie, patrząc na mnie. Spojrzałam na szafeczkę i wzięłam nóż z piękną rękojeścią. Claire poszła za moim śladem i wzięła nóż z karbowanymi brzegami i pięknymi zdobieniami.
Powoli przysunęłam nóż do szyi Josha.
- Ostatnie słowa zanim cię rozpruję ? - usłyszałam głos Clarie
- Pocałuj mnie. - powiedział Colle
- To da się zrobić. - powiedziała Clarie. Przysunęła się do Colle'a i pocałowała go w usta. Spojrzałam na nią, coś działo się nie tak. Na policzku Clarie pojawiła się łza. Clarie odsunęła się do Colle'a i spojrzała na niego.
- Nie, nie mogę. - powiedziała nagle
- Co do cholery ?! - zapytałam zła
- Oni naprawdę nas kochają. - powiedziała Clarie
- A nasza siostra Cassie. A Amanda ? - zapytałam
- Jeśli nie będzie miała ich krwi i serc do północy zginie. - powiedziała Clarie
- Jak to ? Skąd to wiesz ? - zapytałam
- Interesuję się okultyzmem, nie pytaj. - powiedziała
- Uwolnicie nas ? - zapytał Colle
- Tak. - powiedziała Clarie
- Nie ! - warknęłam
- Ale Eli.... - zaczęła Clarie
- Nie, powiedziałam ! - wrzasnęłam - Jesteś ze mną czy z nimi ?
- Z Collem. - powiedziała nagle
- Zdrada. - powiedziałam - Nie toleruję zdrady.
- Zabijesz mnie, wiem o tym dobrze. - powiedziała Clarie. Odpięła Colle'a i przytuliła się do niego. Wzięła nóż i przyłożyła sobie do gardła.
- Kocham cię. - powiedziała do Colle'a i pocałowała go - A co do ciebie Elizabeth, kochałam cię, dopóki nie okazałaś się szmatą, która za wszelką cenę chce zawrzeć pakt z ciemnością.
- Poczekaj ! - wrzasnęłam - Jak chcesz to zrobić, żeby chłopacy uciekli, a Amanda zginęła ? - zapytałam
- My mamy serca dwóch innych ludzi, a krew spuści się ze zwierząt. - powiedział Colle
- Ale jak nas wykiwacie, zabijemy was. - zagroziłam
- Dobra. - powiedział Josh. Uwolniłam go. Chłopacy przynieśli serca w słoikach i krew w wiadrze.
- Kładźcie się. - powiedziała Clarie
-  Co ? - zapytał Colle
- Zaufaj mi, kładźcie się. - powiedziała Clarie. Wylała na nich trochę krwi. Usłyszałam brzęk zamykanych drzwi.
- Szybko - pośpieszyłam ją. Pomazałyśmy się krwią i przykryłyśmy chłopaków prześcieradłami, które od razu przesiąkły krwią.
Zaczęłyśmy wchodzić po schodach z wiadrem z krwią i sercami. Na połowie spotkałyśmy Amandę.
- Jak wam poszło ? - zapytała
- Nie wiesz nawet ile nam to sprawiło przyjemności. - powiedziałam z diabolicznym uśmiechem
- Macie krew i serca ? - zapytała poważnie Amanda
- Tak. - odpowiedziałam
- Doskonale. - powiedziała Amanda. Wyszłyśmy z nią na zewnątrz. Księżyc rozświetlał mały grób za szopką. Amanda wzięła krew i zaczęła rysować nią krąg. W środku kręgu narysowała odwrócony pentagram, a w nim położyła dwa serca. Patrzyłyśmy na to co ma się stać.
Amanda zaczęła mówić jakąś łacińską formułkę. Nic się nie działo. Po kilku minutach, kiedy skończyła, odwróciła się do nas.
- Oszukałyście mnie. - powiedziała i spojrzała na Clarie przekrwionymi oczami.
- 3, 2, 1... - powiedziałam. Nagle ciało Amandy zaczęło rozpływać się z wielkim krzykiem i po chwili zniknęło. Zza naszych pleców usłyszałyśmy kroki. Odwróciłyśmy się. Kroki ustały. Wytężyłam wzrok i wpatrzyłam się w jeden charakterystyczny cień.
- Josh, Colle !? - zawołałam. Z cienia wyszli chłopcy i podążali w naszą stronę.
Clarie podbiegła do Colle'a i mocno go przytuliła. Spojrzałam na nią. Jej koszulka z tyłu była cała we krwi. Moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Clarie opadła bezwładnie na ziemię, obok niej ukląkł Colle i podciął sobie gardło.
Josh podszedł do mnie i wyciągnął nóż. Koszmar zaczął się od nowa....a raczej tak myślałam.
- Wybacz. - powiedział Josh i wbił sobie nóż w brzuch, przeciągając go od pępka po żebra, aż do szyi. Zaczęłam uciekać, ale to i tak nie miało sensu. Wzięłam ciało Clarie i wniosłam je do domu. Zrobiłam tak samo z ciałem Josha i Colle'a. Ciało Amandy zniknęło, a pentagram i serca trwały za szopką w miejscu położenia grobu.
Obudził mnie damski krzyk. Otworzyłam oczy i spojrzałam na korytarz. Stała tam mama.
- Mamo. - powiedziałam i wstałam z kanapy, potykając się o ciało Clarie na podłodze.
Zza mamy wyszedł tata i mocno złapał mnie w pasie. Zaczęłam się szamotać, ale to nic nie dało. Dostałam czymś ciężkim w głowę.
Obudziłam się dopiero nazajutrz. Rozejrzałam się po pokoju. Białe ściany, biała pościel, białe......wszystko białe. Można oszaleć. Próbowałam wstać. Jednak coś było nie tak. Spojrzałam na swój tułów. Miałam kaftan, biały kaftan...
---------------------------------------------------
Może historia nie jest straszna, ale to dopiero początek naszego bloga, więc bądźcie wyrozumiali.
~Meg

czwartek, 2 maja 2013

Morganville cz. 2

Po dość długiej drodze, w końcu dotarliśmy na miejsce. Miasteczko wydawało się spokojne, ludzie opanowani, a krajobraz rozciągał się nad leśnymi wzgórzami, które pokryte były bujną trawą. Lecz coś w tym miasteczku było dziwne. Nie wiedziałam jeszcze co, ale miałam się tego dowiedzieć w najbliższych dniach. Wynajęliśmy domek nad pięknym jeziorem, które rozciągało się nad lasem.



 Po rozpakowaniu walizek do szafek i szaf, postanowiłam z Clarie, że pójdziemy zwiedzić okolicę.
- Mamo ! - krzyknęłam na korytarzu.
- Tak ? - zapytała mama, która wyszła z kuchni.
- Idziemy z Clarie zwiedzić okolicę. - powiedziałam.
- Ja też idę. - wtrąciła się Amanda.
- Tylko wródźcie za nim sie ściemni. - powiedziała mama i wróciła z powrotem do kuchni.
Wyszłam z dziewczynami z domu, nie przeczuwając co może nas czekać tego wieczoru.
Poszłyśmy dróżką obok jeziora, kierując się w stronę tajemniczego lasu.

Wchodząc do niego miałam mieszane uczucia. Robiło mi się słabo, gorąco....no, jednym słowem DZIWNIE ! Amanda wzięła mnie za rękę, a Clarie popatrzyła na mnie
- Co się dzieje maleńka ? - zapytałam.
- Dziwnie tu jest. - rzuciła mała.
- Tobie też się tak zdaje ? - zapytałam Clarie.
- Świrujesz. - powiedziała i zaśmiała się. - Nie ma się czego bać.
Gdybym tylko wiedziała, że te słowa będą kłamstwem, że od tego wszystko się zacznie, nigdy bym nie wchodziła do tego przeklętego lasu.
Przeszłyśmy kawałek, a za nami usłyszałam jakiś szelest i łamanie gałęzi. Nerwowo odwróciłam się do tyłu, ale nikogo ani niczego tam nie było. Odwróciłam głowę więc przed siebie i spojrzałam wymownie na Clarie.
- Powiedziałam ci już wcześniej, świrujesz. - odpowiedziała ponownie.
- Może i tak, ale nie wydaje ci się tutaj dziwnie ? - zapytałam.
- Dziwnie, to dosyć obszerne pojęcie. - powiedziała.
- Chodzi o to, że coś mi tu nie gra i to na pewno nie jest obecność zwierząt. - powiedziałam.
- Oj skarbie, nie przejmuj się tym. - powiedziała Clarie.
Po kilku sekundach od jej odpowiedzi, szelest się powtórzył, a kolejne łamanie gałęzi było głośniejsze i bardziej wyraziste, jakby coś (lub ktoś) było bliżej. Znowu nerwowo rozejrzałam się dookoła, ale nikogo nie było. Spojrzałam też w dół, na moją rękę i wystraszyłam się.
- Amanda. - powiedziałam cicho i nerwowo rozglądając się w poszukiwaniu małej siostry.
- Amanda ! - zaczęłam już krzyczeć i nadal się rozglądałam.
- Amanda, to nie jest śmieszne ! - wrzasnęła za mną Clarie.
- Wyłaź, bo będzie z tobą źle ! - krzyknęłam. Nagle powietrze przeszył głośny krzyk dziecka.
- Amanda ! - krzyknęłam ze łzami w oczach i zaczęłam biec razem z Clarie.
Krzyk powtórzył się ponownie, a my skierowałyśmy się do jego źródła.
Po chwili, moim oczom ukazała się Amanda. Podbiegłam do niej i mocno ją przytuliłam.
- Co się stało ? - zapytałam i usłyszałam jak Clarie wymiotuje.
Spojrzałam przede mnie. Moje śniadanie cofnęło się do przełyku. Przed Amandą leżały zmasakrowane zwłoki. Szybko odciągnęłam Amandę od tego widoku, pociągnęłam Clarie za rękę i czym prędzej uciekłyśmy od tego czegoś.
Po kilku minutach wybiegłyśmy z lasu i pobiegłyśmy w stronę domu. Po chwili  wbiegłyśmy szybko na werandę. Otworzyłam drzwi wejściowe i wprowadziłam roztrzęsione dziewczyny do środka.
- Dziewczyny, co tak wcześnie ? - zapytała mama
- Nie ważne. - powiedziałam i zasłoniłam Amandzie usta.
- Za kilka minut kolacja. - powiedziała mama
- Pójdziemy się odświeżyć i zaraz zejdziemy. - powiedziałam. Weszłyśmy po schodach i zamknęłyśmy się w pokoju. Usiadłam na łóżku i znowu usłyszałam, że Clarie wymiotuje w łazience. Amanda usiadła obok mnie i mocno się we mnie wtuliła.
Clarie wróciła z łazienki i zaczęła krążyć po pokoju.
- Możesz się uspokoić ? - zapytałam.
- Nie mogę, jestem zbyt roztrzęsiona. - powiedziała nadal krążąc po pokoju.
- Okej. No to co teraz zrobimy ? - zapytała nagle.
- Dzwonimy na policję. - powiedziałam.
- Czy ty się zastanowiłaś choć chwilkę ? - zapytała mnie - Jeśli zadzwonimy do nich, pomyślą, że my zabiliśmy to coś...hmm..tę kobietę czy mężczyznę, nie mam pojęcia jak to nazwać - borykała się Clarie.
- A co jeśli będą kolejne morderstwa ? - zapytałam przerażona, a Amanda wtuliła się we mnie jeszcze mocniej. - Co jeśli następnym razem to coś dopadnie Amandę jeśli znowu ucieknie ? - pytałam dalej przerażona.
- Nie możemy informować o tym glin. - powiedziała stanowczo Clarie.
- To co z tym zrobimy ? - zapytałam.
- Na razie olejemy ciało, ale będziemy szukać tego pojebańca. - powiedziała Clarie. Wcale mi się ten pomysł nie spodobał. Musiałam coś wymyślić.
- Przepraszam, ja nie chciałam, ale zobaczyłam króliczka i chciałam go złapać. Pobiegłam za nim jak ty rozmawiałaś z Clarie i zobaczyłam tamto ciało. - powiedziała, a na ostatnich słowach znowu się rozpłakała.
- Ej nie płacz mała. To nawet dobrze, że znalazłyśmy tamto coś. Bynajmniej będziemy ostrożniejsi. - powiedziałam i wzięłam małą na kolana, mocniej ją do siebie przytulając.
- Kocham Cię Eli. - powiedziała.
- Ja ciebie też i nie pozwolę, żeby jakiś pojebaniec coś ci zrobił. - powiedziałam stanowczo.
- Ja bym mu połamała ręce. - powiedziała Clarie co rozbawiło małą.
- A co najważniejsze, nie możesz nic powiedzieć rodzicom. - powiedziałam lekko odrywając od siebie dziewczynkę i patrząc jej w oczy.
- Dziewczyny! Kolacja ! - krzyknęła mama z dołu, a mi trochę szybciej zabiło serce.
- Już idziemy mamo ! - odkrzyknęłam. - To jak ? Nie mówimy nic rodzicom ? - zwróciłam się tym razem do Amandy.
- Tak. - powiedziała i dała mi buziaka w policzek na przypieczętowanie naszej umowy. Zachichotałam i poszłam do łazienki się odświeżyć zostawiając małą z Clarie. Przemyłam twarz pochylając się nad umywalką. Spojrzałam w lustro i przestraszyłam się, bo zobaczyłam jakby ktoś za mną stał.
- To nie możliwe, jesteśmy w domu i chyba raczej to coś za nami nie szło. - powiedziałam do siebie w duchu, lekko się śmiejąc ze swojej paranoi. Wyszłam z pokoju. Zeszłam na dół i skierowałam się do kuchni. W jadalni siedzieli już wszyscy i zajadali się obiadem. Nieprzytomnie usiadłam na krzesełku i nałożyłam sobie piure i schabowego.
- Coś ci jest ? - zapytała mama nagle.
- Hmmm..co ? - zapytałam.
- Coś z tobą nie tak. - podsumowała.
- Nie, nie, tylko trochę jestem zmęczona. - skłamałam.
- Dobrze. - powiedziała mama.
Przełknęłam piure i kawałek schabowego. Zjadłam tą kolację, chociaż wcale nie miałam na nią ochoty. Wzięłam Amandę za rękę i wróciłyśmy we trzy do pokoju.
- Eli ? - zapytała Amanda
- Tak misiu ? - zapytałam
- Mogę z tobą spać ? - zapytała nieśmiale
- Oczywiście, że tak. - powiedziałam z uśmiechem. Odchyliłam kołdrę, a Amanda wskoczyła do łóżka. Wtuliła się we mnie razem ze swoją ukochaną lalką. Po chwili zasnęłyśmy.
*w nocy*
Obudził mnie jakiś szmer w moim pokoju. Zapaliłam lampkę i rozejrzałam się po pokoju. Księżyc wpadał przez okno. Spojrzałam na zegarek, była 2:23.
Spojrzałam obok mnie, gdzie słodko spała Amanda.
Moje gardło przypominało pustynię. Wstałam z łóżka i na boso wyszłam z pokoju. Skierowałam się do kuchni. Jednak schodząc po schodach, zauważyłam jak w kuchni pali się światło, a cień rzucany na korytarz jest nieregularny i bardzo długi. Myślałam, że to tata, ale kiedy usłyszałam brzęk wyrzucanych rzeczy z szafek, przestraszyłam się. Wyjrzałam zza futryny, a moje ciało przeszył strach.